O autorze
Specjalista od retoryki i narracji a także od pokrętności naszej kultury. W czasie drugich śniadań tłumaczy i pisze książki. Ma za sobą "Storytelling", "Retorykę dominacji", "Retorykę narracji", przed sobą nowe wersje legend dla dzieci. Na Uniwersytecie Warszawskim jest kierownikiem specjalności "Dokumentalistyka". Autor sztuki teatralnej “Bóg Ojciec”. Tata dwóch walczących rycerzy i jednej księżniczki

Miasto 44 i co powiedzieć synowi.

Jest pod murami Warszawy pomnik małego powstańca. Jedno z najsmutniejszych dzieł i najbardziej sprzeczne uczucia wywołujące w rodzicu.

Kiedy obok pomnika staje mały chłopczyk, to czy mam chwalić bohaterstwo małych powstańców? Żeby myślał, że najcudowniejsze to zginać za Ojczyznę, jak w państwie islamskim, czy jak matki Czeczeńskie? Czy też może powiedzieć, że to tragiczna nieodpowiedzialność rodziców, że jedenastolatkowie pędzili pod ostrzałem z torbą pełną powstańczych listów. Ale rodziców też już zwykle nie było. Była Ojczyzna w potrzebie, której też już nie było.



Czy twój chłopak ubierze się w powstańcze ciuchy i będzie paradował po ulicach wolnego demokratycznego państwa, bawiąc się w grę wojenną, w bycie niegdysiejszą ofiarą? A jeśli zabronisz mu tego, to dlaczego? Skoro koledzy się bawią, a w sklepach są gry planszowe i weseli powstańcy szczerzą się na plakatach?

Wchodzi na ekrany Miasto 44.

Różni się od Kanału Wajdy wieloma rzeczami, ale między innymi tym, że w Kanale młodzi powstańcy utknęli na zawsze za kratą, która oddzielała ich od rzeki. Gorzki to koniec. U Komasy młodzi kończą na wyspie. Udaje im się. To inni giną. Miłość wszystko zwycięża.

Powstanie trwało 63 dni. 70 lat temu biegało jeszcze mnóstwo wygłodniałych, brudnych i złachmaniałych chłopaków i dziewczyn, którzy dla Wielkiej Matki Ojczyzny poświęcili swoją matkę. Zastanawiałem się, wędrując koło pomnika małego powstańca, jak łatwo nam krytykować inne narody wpychajace dzieciom karabin do ręki i jak gloryfikujemy to tragiczne wydarzenie u siebie, przekształcając ów holokaust miasta w grę miejską.

Tak więc kiedy pójdziecie z synami i córkami na film, w którym zobaczą parę całującą się wśród świstu kul, które ich omijają, albo kiedy wyśle zamiast was szkoła na ten film wasze dzieci, możecie być pewni, że walka zbrojna pozostanie najlepszą, najczystszą i najsłodszą służbą Ojczyźnie.

Problem, który stoi za tym wszytskim, to metafora Ojczyzny jako matki. Ta metafora tworzy niedobry obowiązek bronienia ważniejszej, Narodowej Matki przed naszą Codzienną Matką. Może Ojczyzna, Vaterland, to nie matka, tylko coś innego. Coś właśnie „ojcowego”. Ojczyna to wiara w wyobrażoną wspólnotę krwi. A może to dom? Albo po prostu spadek?

A może to po prostu Ojczyzna to nasza wspólna samoocena, kiedy to Polska wygrywa w siatkówkę lub kiedy przegrywa w futbol? Zauważcie, że reprezentacje narodowe ciągle z kimś walczą, a Ojczyzna ciagle wzywa, żeby się bić, żeby poświęcać... matka ma rzadko takie inklinacje.

Kiedy więc pójdziecie na Miasto 44, albo będziecie przechodzić obok pomnika małego powstańca, zastanówcie się, co powiedzieć, bo nie ma dobrych odpowiedzi. Ojczyzna to taka gra, w której Kiemlicz mówi: Wybaczcie, synowie... Ale żadnej matki tam nie ma.

Jakoś tak wychodzi, że kiedy wzywa Ojczyzna, zawsze przegrywają rodzice.
Trwa ładowanie komentarzy...